Dom. Co to dla mnie znaczy.

Jeszcze tylko przyjdzie sofa do dużego pokoju, mąż przykręci półkę w naszej sypialni, umyję okna i Pierwszy Etap ogarniania mieszkania uznam za zakończony. Jeszcze tylko kilka obiadów do zrobienia, żeby kuchnia stała się bardziej “nasza” i w końcu zapraszanie gości i może w końcu poczuję, że jest to nasze mieszkanie. Chociaż może zabrzmi to niewdzięcznie, ale mam nadzieję że to tylko kolejny krok w drodze do zakupu domu. Bo dom mi się śni kochani po nocach. I o nim marzę. Dlaczego?


Bloki, bloki, wszędzie bloki.

Urodziłam się, kiedy rodzice wynajmowali dom, potem były różne przygody, aby w wieku 7 lat ostatnie wylądować w bloku. Dziadkowie mieszkają w bloku, kuzynostwo w większości też. Ciotki i wujkowie również. I można by przypuszczać, że np starsze pokolenie w blokach trzyma brak funduszy na dom, ale wydaje mi się, że przede wszystkim to … strach. Wiadomo kredyt ma wielkie oczy i nie każdy umie z nim żyć. Proste. Potem wyprowadziłam się z domu i w Krakowie również mieszkałam w …blokach. Siedem lat na Nowej Hucie proszę państwa. I jakoś dałam radę. Ale od kiedy na świecie pojawił się syn i od kiedy mamy zdolność kredytową, coraz częściej śni mi się dom. I nie tylko mi bo mężowi też.

Nie jest tak, że mieszkanie w bloku jest strasznie “be” i jestem generalnie na nie. Ale nie jest to miejsce w którym się odnajduje. A im więcej mam lat tym bardziej się w tym utwierdzam. I nie chodzi tutaj o burżuazję. Po prostu każdy z nas ma chyba takie miejsce na świecie gdzie czuje się najlepiej. Gdzie chce mieszkać i żyć, gdzie się widzi. Ja blokom zawdzięczam to, że dzieciństwo miałam przepełnione innymi dziećmi, moja wyobraźnia działała na wysokich obrotach, a na polu przebywałam od 8 rano do 20 wieczór. I nauczyłam się w blokowisku sporo o życiu. Niemniej jednak, dla swojej rodziny chce czego innego.

 

Dlaczego nie?

Dlaczego nie blok. Cóż, jest kilka powodów. Po pierwsze nie chcemy już mieszkać w dużym mieście. Obecnie mieszkamy w Krakowie. Kochamy to miasto, dużo się tu dzieje, ale dla nas chyba już za dużo. Za dużo samochodów, korków, zabudowa. Za mało zieleni, czasu dla rodziny. Ciągły pęd i ciągłe nienasycone “chce więcej”. Po drugie, bardzo chcemy mieć więcej dzieci. I tutaj moje doświadczenie wysuwa się na pierwszy plan, mąż jest jedynakiem nie zna tego. Otóż mam trójkę rodzeństwa plus mamę i tatę. Zatem łatwo policzyć, że było nas sześcioro. Przyznam szczerze, że trzypokojowe mieszkanie dla takie rodzinki jest za małe. A jeśli cena domu w mniejszej miejscowości do Krakowa równa się cena dwupokojowego mieszkania w Krakowie, to chyba wiadomo co wybieram? Mało prywatności. Wszystko rozgrywa się na jednej przestrzeni. Rodzice mają mało prywatności, dorastające dzieci, goście itp. Chcę żeby w mojej rodzinie każdy miał przestrzeń dla siebie. Nie chcę żeby rodzeństwo dosłownie i w przenośni siedziała sobie na głowach, nie mogło zapraszać kolegów czy koleżanek. No i chcę mieć sypialnie z mężem, tylko dla nas, miejsce gdzie możemy rozkoszować się sobą, albo jeść chipsy w łóżku i oglądać filmy. Nie zrozumcie mnie źle, to jest możliwe w dużym mieszkaniu, owszem – ale wole kupić dom to raz, a dwa wiem że w mieszkaniu trzeba się nieźle nagimnastykować, a czasem się nie da mieć tej przestrzeni dla siebie.

Natura.

Ciągnie mnie do niej. Dużo zieleni, kawa w ogrodzie, długie rozmowy przy zachodzącym słońcu. Leżenie z dzieciakami na trawie i liczenie chmur. Siedzenie z mężem pod kocem i patrzenie w gwiazdy. Nie wystarczy? Niedzielne obiady z rodziną na tarasie, wolność wyjścia w każdej chwili nawet w piżamie do ogrodu i chwila medytacji. Mało? Nie kłamcie! Każdego to przekona 🙂 Oczywiście można byłoby wymieniać i wymieniać. I takie chwile mi się marzą i na to chcę pracować.

 

K jak kredyt

Nie. Nie stać mnie na kupienie domu, nie ma też szans żebym na niego oszczędziła przez kolejne 10 lat, a poza tym nie chcę czekać. Skąd wiem ile pożyje? Nie i nie jest to żart. Mówię poważnie. Nie wiem ile będę żyła. Statystycznie długo, nie statystycznie coraz częściej ludzie chorują na raka i inne groźne choroby. Chcę spełniać swoje marzenia. I w zasadzie wolę płacić 1500 zł do banku, niż obcej osobie za wynajem mieszkania. Taką mam filozofię. Wierzę mocno w to, że będziemy mieć pracę z mężem zawsze, Oboje jesteśmy dość przedsiębiorczymi osobami. Praca nad nie straszna i oboje znamy ją od momentu skończenia 18 roku życia. Teraz tylko pracujemy nad tym, żeby zajęcia nasze były tym co naprawdę chcemy robić. Chce się odważyć.

Póki co kończymy meblowanie naszego mieszkania. Czuje wdzięczność że ono jest, ale nie mogę w głowie powstrzymać się od snucia marzeń jak będzie wyglądać nasz dom. Ale na spokojnie. Nic na łapu-capu, jak mówi mój mąż. A jemu wierzę. Bo odkąd jesteśmy razem, podjęte wspólnie decyzje, mimo iż wymagają od nas odwagi, są naprawdę dobre i dobry owoc przynoszą.

buźka :*